sobota, 14 kwietnia 2012

Zima, panie baranie






Jak długo to tak jeszcze będzie?!

Próbowałam do nich (owiec) zagadać. Wiecie tak choćby o pogodzie. One jednak systematycznie ignorowały moją osobę. I teraz to już nie wiem, czy to moje zdolności lingwistyczne, czy może panująca aura. Bądź jedno i drugie równocześnie.
Ale swoją drogą,  taką "mrożoną sałatę" wcinać ? ;)

PS Kiedy będzie cieplej?

niedziela, 8 kwietnia 2012

Jajkowo


Dziś do wielkanocnego kota jak na Wielkanoc przystało jajka dołączą.





Kuchnia cała w kolorowych ciapach. Kolory raczej jak jajka niespodzianki wyszły. Niekoniecznie takie jakich się spodziewałam - znaczy się niespodziankowe. Ale takich jaj to jeszcze nie miałam nigdy!










Ha! No to teraz w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku idę jeść ;)

A to jeszcze jedno na koniec ujęcie ;)















sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanocny kot





U wszystkich już wielkanocnie... U mnie jak zwykle jakoś czas inaczej biegnie i zdążyć nie mogę, ale za to jakiego pomocnika mam! Nie wielu na taką pomoc liczyć może ;)

niedziela, 1 kwietnia 2012

O tym jak niedzielny rozkład jazdy okazał się być przestarzały, czyli do lata piechotą będę szła...

Mieszkałam w kilku miejscach. Jednym z nich było Ratho. To malutka wioska pod Edinburghiem. Po wprowadzeniu się, następnego dnia poszłam do pracy. Kiedy wracałam autobusem nagle pan miły kierowca na jednym z przystanków oznajmił, że to koniec trasy.
Nie może być, pomyślałam, ale grzecznie wysiadłam ( raczej nie mam zwyczaju awanturowania się). Nie mogłam jednak ogarnąć tego końca, bo to przecież nie moja wioska, a ona na końcu przecież. Nie chcąc jednak wdawać się w dyskusje z kierowcą, który zapewne wiedział co robi, zaczęłam sprawdzać rozkład jazdy. A z niego jasno wynikało, że w niedzielę, o tej właśnie porze każdy autobus mojej lini ma właśnie tutaj koniec...
Ja wynajęłam dom, co dopiero, a w niektóre niedziele będę musiała pracować i w te właśnie niedziele mój koniec nie będzie końcem, tylko inny koniec będzie końcem. I tak siedząc na ławce, majtając nogami z rozpaczy, przy czarno rysującym się scenariuszu najbliższego półrocza zanuciłam:

Do Ratha, do Ratha piechotą będę szła aaa aaa

To było jedyną myślą, jaką na tamten czas byłam w stanie wyprodukować w swojej głowie. I to myślą z gatunku tych uporczywych, nawracającą z częstotliwością dosyć wzmożoną.



Myśl owa kotłowała się w mojej głowie, niczym pranie w wirującej pralce aż tu patrzę, a tu autobus. Mojej linii autobus (!) i pan inny, ale też miły kierowca (tutaj większości kierowców jest bardzo miła)się pyta:
-Wsiadasz?
Nieśmiało opowiedziałam
-Ale do Ratho?
-Tak do Ratho.

Przez pół roku, kiedy zdarzyło  mi się w niedzielę pracować a potem, po pracy wracać do domu, na owym przystanku słyszałam tę samą piosenkę, ale już zawsze zmodyfikowaną:

Do Ratha, do Ratha piechotą nie będę szła aaa aaa


( http://www.youtube.com/watch?v=PG6R4Yi4wlo )

PS Rozkład jazdy był przestrzały. Kiedyś i owszem żaden autobus niedzielny nie dojeżdżał do końcowego przystanku, ale na moje szczęście został zmieniony i tylko co drugi nie miał końca gdzie mieć powinien.
PS2 To co idziemy do lata?!