wtorek, 22 maja 2012
Pierwsze truskawki
Maj do tej pory kojarzył mi się bardzo przyjemnie. Jednak teraz z deszczem, z czekaniem, a raczej wyczekiwaniem na nieco cieplejsze dni. 7 - 10 stopni, to nie szczyt majowych temperaturowych marzeń. Czerwca, lipca nie mogę się doczekać. Wtedy może plażować się uda ;) Na razie muszą mi wystarczyć pierwsze truskawki (pychota!) i te krótkie chwile słońca, które staram się uchwycić aparatem. Kiedy pada oglądam zdjęcia i udaję, że na zewnątrz właśnie tak jest...
sobota, 12 maja 2012
Mała aktualizacja
Wyszło słońce. Jednak się zdecydowało. Zostałam wysłuchana. Mój "taniec nie deszczu" przyniósł namacalne efekty (porcelanowe cuś powinnam oddać ;) ). A że codzienność mnie dogoniła i na zakupy trzeba było się wybrać, to poszłam. Do sklepu, gdzie robię zakupy prowadzą dwie drogi, krótsza i dłuższa. Kiedy jest ładnie, zawsze tą dłuższą wybieram. Może ktoś ma ochotę ze mną? Zakupy poniosę sama.
Jestem typem raczej narzekacza. Nie wiem czy mam rację gdy to robię, pewnie nie zawsze. Jednak czasem udaje mi się być z czegoś zadowolonym. To gdzie mieszkam wprowadza mnie w stan permanentnego zadowolenia. Wiem, daleko mojej dzielnicy do tych najlepszych, ale nad zatokę mam blisko, do centrum nie tak daleko.... A o takiej drodze na zakupy nawet nie marzyłam.
PS A tym razem było jeszcze przyjemniej, bo nie szłam sama.
Jestem typem raczej narzekacza. Nie wiem czy mam rację gdy to robię, pewnie nie zawsze. Jednak czasem udaje mi się być z czegoś zadowolonym. To gdzie mieszkam wprowadza mnie w stan permanentnego zadowolenia. Wiem, daleko mojej dzielnicy do tych najlepszych, ale nad zatokę mam blisko, do centrum nie tak daleko.... A o takiej drodze na zakupy nawet nie marzyłam.
PS A tym razem było jeszcze przyjemniej, bo nie szłam sama.
Porcelana
Na poprawę humoru, bo mam iście wisielczo-barowy. Tylko jak tu nie mieć takowego, jak pada bez przeryw przez dwa dni??? W każdym razie jakiś powód musi być kupowania rzeczy, które nie są koniecznie potrzebne. Jak się to mówi dobra wymówka nie jest zła. Rozgrzeszam się sama ;)
sobota, 14 kwietnia 2012
Zima, panie baranie
Jak długo to tak jeszcze będzie?!
Próbowałam do nich (owiec) zagadać. Wiecie tak choćby o pogodzie. One jednak systematycznie ignorowały moją osobę. I teraz to już nie wiem, czy to moje zdolności lingwistyczne, czy może panująca aura. Bądź jedno i drugie równocześnie.
Ale swoją drogą, taką "mrożoną sałatę" wcinać ? ;)
PS Kiedy będzie cieplej?
niedziela, 8 kwietnia 2012
Jajkowo
Kuchnia cała w kolorowych ciapach. Kolory raczej jak jajka niespodzianki wyszły. Niekoniecznie takie jakich się spodziewałam - znaczy się niespodziankowe. Ale takich jaj to jeszcze nie miałam nigdy!
Ha! No to teraz w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku idę jeść ;)
A to jeszcze jedno na koniec ujęcie ;)
sobota, 7 kwietnia 2012
Wielkanocny kot
U wszystkich już wielkanocnie... U mnie jak zwykle jakoś czas inaczej biegnie i zdążyć nie mogę, ale za to jakiego pomocnika mam! Nie wielu na taką pomoc liczyć może ;)
niedziela, 1 kwietnia 2012
O tym jak niedzielny rozkład jazdy okazał się być przestarzały, czyli do lata piechotą będę szła...
Mieszkałam w kilku miejscach. Jednym z nich było Ratho. To malutka wioska pod Edinburghiem. Po wprowadzeniu się, następnego dnia poszłam do pracy. Kiedy wracałam autobusem nagle pan miły kierowca na jednym z przystanków oznajmił, że to koniec trasy.
Nie może być, pomyślałam, ale grzecznie wysiadłam ( raczej nie mam zwyczaju awanturowania się). Nie mogłam jednak ogarnąć tego końca, bo to przecież nie moja wioska, a ona na końcu przecież. Nie chcąc jednak wdawać się w dyskusje z kierowcą, który zapewne wiedział co robi, zaczęłam sprawdzać rozkład jazdy. A z niego jasno wynikało, że w niedzielę, o tej właśnie porze każdy autobus mojej lini ma właśnie tutaj koniec...
Ja wynajęłam dom, co dopiero, a w niektóre niedziele będę musiała pracować i w te właśnie niedziele mój koniec nie będzie końcem, tylko inny koniec będzie końcem. I tak siedząc na ławce, majtając nogami z rozpaczy, przy czarno rysującym się scenariuszu najbliższego półrocza zanuciłam:
Nie może być, pomyślałam, ale grzecznie wysiadłam ( raczej nie mam zwyczaju awanturowania się). Nie mogłam jednak ogarnąć tego końca, bo to przecież nie moja wioska, a ona na końcu przecież. Nie chcąc jednak wdawać się w dyskusje z kierowcą, który zapewne wiedział co robi, zaczęłam sprawdzać rozkład jazdy. A z niego jasno wynikało, że w niedzielę, o tej właśnie porze każdy autobus mojej lini ma właśnie tutaj koniec...
Ja wynajęłam dom, co dopiero, a w niektóre niedziele będę musiała pracować i w te właśnie niedziele mój koniec nie będzie końcem, tylko inny koniec będzie końcem. I tak siedząc na ławce, majtając nogami z rozpaczy, przy czarno rysującym się scenariuszu najbliższego półrocza zanuciłam:
Do Ratha, do Ratha piechotą będę szła aaa aaa
To było jedyną myślą, jaką na tamten czas byłam w stanie wyprodukować w swojej głowie. I to myślą z gatunku tych uporczywych, nawracającą z częstotliwością dosyć wzmożoną.
Myśl owa kotłowała się w mojej głowie, niczym pranie w wirującej pralce aż tu patrzę, a tu autobus. Mojej linii autobus (!) i pan inny, ale też miły kierowca (tutaj większości kierowców jest bardzo miła)się pyta:
-Wsiadasz?
Nieśmiało opowiedziałam
-Ale do Ratho?
-Tak do Ratho.
Przez pół roku, kiedy zdarzyło mi się w niedzielę pracować a potem, po pracy wracać do domu, na owym przystanku słyszałam tę samą piosenkę, ale już zawsze zmodyfikowaną:
Do Ratha, do Ratha piechotą nie będę szła aaa aaa
( http://www.youtube.com/watch?v=PG6R4Yi4wlo )
PS Rozkład jazdy był przestrzały. Kiedyś i owszem żaden autobus niedzielny nie dojeżdżał do końcowego przystanku, ale na moje szczęście został zmieniony i tylko co drugi nie miał końca gdzie mieć powinien.
PS2 To co idziemy do lata?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)